Intymnie owinięty dźwiękami, w gruncie rzeczy miałem wrażenie spędzenia dwóch godzin w salonie. Pierwsza część powinna się wprawdzie kojarzyć raczej z komnatą – ewentualnie buduarem w angielskim pałacu doby elżbietańskiej, jednak trudno nawet tak delikatne i rozświergotane śpiewnymi trylami wykonanie muzyki Williama Byrda na współczesnym fortepianie faktycznie skojarzyć z XVI wiekiem... Długą drogę przebyły utwory, których twórca nawet nie wyobrażał sobie, że mogą rozbrzmiewać przez ponad pół godziny bezpośrednio jeden po drugim – a co dopiero, że kiedykolwiek przejdą się z cicho brząkającego wirginału, czyli z domeny rozrywki bardzo osobistej, może dla kilkorga osób zebranych wokół instrumentu, na mieszczącą ich ponad tysiąc salę koncertową. Sokołow nie rekonstruuje jednak dawnych brzmień, nie udaje, że przenosi nas w czasie i przestrzeni – przeciwnie, przenosi utwory do nas, dostosowuje je do samej istoty swojego wielkiego fortepianu. Zachowując delikatność jako kwintesencję tej muzyki, operuje długością dźwięku, śpiewnością i odcieniami dynamiki, niemającymi nic wspólnego z wirginałem czy choćby klawesynem: to już swoista, romantyczno-współczesna aktualizacja. W najlepszym stylu, bez jakichkolwiek przerysowań, choć jednak z przemianą istoty rzeczy: utwory Byrda stały się swoistymi poemacikami brzmieniowymi, nie zaznaczającymi na przykład swojej często tanecznej genezy. A mimo to zatęskniłem do dawnego Sokołowa, który przed 30 laty też potrafił rozpoczynać recital suitą tego typu miniaturowych arcydzieł – wyrysowaną wówczas jednak linią ostrą jak skalpel, co ożywiało wszelkie detale faktury i frazy wirginalistów... W dzisiejszym, bardziej impresjonistycznym ujęciu, tego niestety zabrakło – i nie jestem przekonany, czy w takiej sytuacji Byrd był słusznym wyborem repertuarowym. Zwłaszcza na całą pierwszą część wieczoru.
Teraz na antenie
undefined - undefined
Następnie
undefined - undefined