Teraz na antenie

undefined - undefined

Następnie

undefined - undefined

Sokołow w salonie

Specyficzny dobór repertuaru zdeterminował charakter recitalu Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii Narodowej. Program złożony z delikatnych miniatur poprowadził pianistę – i publiczność – w kierunku sublimacji subtelności.

Program recitalu Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii Narodowej był złożony z delikatnych miniatur Foto: PAP/EPA/JOSE COELHO

Intymnie owinięty dźwiękami, w gruncie rzeczy miałem wrażenie spędzenia dwóch godzin w salonie. Pierwsza część powinna się wprawdzie kojarzyć raczej z komnatą – ewentualnie buduarem w angielskim pałacu doby elżbietańskiej, jednak trudno nawet tak delikatne i rozświergotane śpiewnymi trylami wykonanie muzyki Williama Byrda na współczesnym fortepianie faktycznie skojarzyć z XVI wiekiem... Długą drogę przebyły utwory, których twórca nawet nie wyobrażał sobie, że mogą rozbrzmiewać przez ponad pół godziny bezpośrednio jeden po drugim – a co dopiero, że kiedykolwiek przejdą się z cicho brząkającego wirginału, czyli z domeny rozrywki bardzo osobistej, może dla kilkorga osób zebranych wokół instrumentu, na mieszczącą ich ponad tysiąc salę koncertową. Sokołow nie rekonstruuje jednak dawnych brzmień, nie udaje, że przenosi nas w czasie i przestrzeni – przeciwnie, przenosi utwory do nas, dostosowuje je do samej istoty swojego wielkiego fortepianu. Zachowując delikatność jako kwintesencję tej muzyki, operuje długością dźwięku, śpiewnością i odcieniami dynamiki, niemającymi nic wspólnego z wirginałem czy choćby klawesynem: to już swoista, romantyczno-współczesna aktualizacja. W najlepszym stylu, bez jakichkolwiek przerysowań, choć jednak z przemianą istoty rzeczy: utwory Byrda stały się swoistymi poemacikami brzmieniowymi, nie zaznaczającymi na przykład swojej często tanecznej genezy. A mimo to zatęskniłem do dawnego Sokołowa, który przed 30 laty też potrafił rozpoczynać recital suitą tego typu miniaturowych arcydzieł – wyrysowaną wówczas jednak linią ostrą jak skalpel, co ożywiało wszelkie detale faktury i frazy wirginalistów... W dzisiejszym, bardziej impresjonistycznym ujęciu, tego niestety zabrakło – i nie jestem przekonany, czy w takiej sytuacji Byrd był słusznym wyborem repertuarowym. Zwłaszcza na całą pierwszą część wieczoru.

Druga przyniosła muzykę, której Sokołow jest jednak pod każdym względem bliższy. Romantyzm w stanie czystym – ale też dodatkowo przez pianistę oczyszczonym. Oczyszczone zostały Mazurki op. 30 i op. 50 Chopina – ponownie – z taneczności. Tym razem, te już nie choreiczne, ale postchoreiczne poematy nie ginęły jednak w impresjach, a nabrały dostojeństwa: „mazurek niczym polonez” – pomyślałem przy drugim, Des-dur, z op. 30. Pewna monumentalizacja okazała się konsekwentnie realizowanym pomysłem architektonicznym, gdy doszliśmy do wielkiego Mazurka cis-moll z op. 50. Tutaj stał się swoistym podsumowaniem całego zbioru, z wyrecytowanymi dobitnie dźwiękami cody.

Po tej imponującej konstrukcji „Sceny leśne” Roberta Schumanna – zagrane przepięknie – zaprowadziły słuchaczy w krainę baśni. „Las” Schumanna to oczywiście nie dzikie ostępy, nawet nie las romantycznych chochlików i elfów – to las sielski i swojski, z obrazków z książek dla dzieci. Sokołow pokazał, że jednak i te obrazki mogą odznaczać się niezwykłą poezją – a delikatność śpiewu, jaką uzyskał w części „Ptak prorokiem” dotknęła tajemnic metafizyki.

Po Schumannie nastąpił rytuał sześciu bisów, z preludium Skriabina, dwoma mazurkami Chopina przedzielonymi Etiudą f-moll op. 25 nr 2 (znowu – wybrana wyjątkowo delikatna, eteryczna), aż wreszcie Chopinowskie Preludium c-moll na moment przypomniało nam, że Sokołow trzyma też w rezerwie prawdziwą potęgę. Po czym otrzymaliśmy pianistyczny majstersztyk: Preludium h-moll Bacha w opracowaniu Silotiego. Gdy w środkowej części subtelnie rysował się akompaniament w basie, bardzo wyraziście, a przy tym intrygująco matowo rozbrzmiewał temat w tenorze, a wszystko koronowała błyszcząca, ale ściszona figuracja w sopranie – można było mieć wrażenie, że gra trzech różnych pianistów. Trzech Sokołowów, bo nikt inny nie zagrałby w ten sposób żadnego z tych głosów.

***

Jakub Puchalski